K. J. Friedman — Słów kilka po wyborach

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
Wreszcie nadszedł czas, żeby napisać coś po wyborach. Nie lubię pisać niczego poważniejszego pod wpływem emocji i zaraz po ważnym dla mnie wydarzeniu. Bardzo często piszę lub mówię wtedy za dużo, a potem muszę dużymi nakładami siły i czasu tłumaczyć się lub odkręcać swoje wypowiedzi.

Powód tak późnego rozliczenia się po wyborach jest również inny, bardziej prozaiczny — po prostu nie bardzo mi się chciało coś pisać. Nie ze złości, nie w wyniku uczucia porażki. Najzwyczajniej w świecie jeżeli nie gonią mnie terminy i nie muszę czegoś robić, a dodatkowo nie chce mi się, to po prostu tego nie robię.

Kiedyś jednak trzeba się odezwać, tym bardziej, że ułożyła się lista osób którym chciałbym podziękować, kilka spraw chciałby wyjaśnić oraz odpowiedzieć na pytania, które zalewały mnie tuż po wyborach, a które słyszę do dziś.

Kampania wyborcza była bardzo fajnym oraz pouczającym dla mnie okresem. Planowania, intrygi, zdobywanie poparcia. Spotkania i omawianie strategii, zarówno na privach, czasami do 5 nad ranem, jak i w realu, przy kuflu piwa. Kampania ta była niewątpliwie ciekawa, historyczne wybory według nowej konwencji, inne podejście do kwestii zdobywania poparcia. Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tym ważnym dla nas wydarzeniu. Że mogłem powalczyć, chociaż na początku spisywano mnie na straty. Próba wygrania wyborów była próbą zuchwałą, gdzie człowiek praktycznie znikąd, bez poparcia, bez stojącej za nim siły politycznej, próbuje ominąć — któryś już raz — kilka szczebli kariery.

Za kilka dni czeka mnie dopiero druga sarmatnica. Gdyby się faktycznie udało, byłaby to ciekawa sytuacja i wielki sukces dla mnie.

Dostałem dużo gratulacji, również na privach jak i drogą Poczty Konnej. Każdy mi dziękował i stwierdzał, że nie jestem przegranym. Chociaż nikt nie potrafi konkretnie wskazać, co w takim razie tak właściwie wygrałem.

Gdyby wybory odbywały się na starych zasadach, w uprzednim systemie politycznym, nawet przegrywając mógłbym coś realnie osiągnąć. Być może wpadłyby 3 mandaty w Sejmie. Można by się było pobawić w opozycję i kreować się na jej lidera. Ba, przy dużym sprycie istniałaby nawet szansa na uzyskanie fotela kanclerza, gdyż przy siedmioosobowym składzie Sejmu i trzech mandatach dla Głosu Pustego, „wystarczyłoby” przeciągnąć jednego z posłów na swoją stronę. Jednak w obecnym, quasi-prezydenckim systemie a la Stany Zjednoczone, wybory odbywają się według systemu „zwycięzca bierze wszystko”, stąd nawet niewątpliwie dobry wynik w wyborach, nie przekłada się na żadne wymierne korzyści. Przegrany nie wygrywa nic.

Owszem, można mówić o uzyskaniu poparcia dużej grupy Sarmatów. Ale jeżeli istnieje Sejm Wielki, poparcie te rozmywa się bardzo szybko. Nie można kierować opozycją i wykorzystać dobrego wyniku do skutecznego działania przeciw rządowi. W związku z tym, realnych korzyści z wyniku wyborczego nie ma, a w opozycję można się bawić nawet bez wcześniejszej próby ugrania fotela kanclerza.

Obiecałem jednak podziękowania, a nie smutne bzdury. Stąd czas właśnie na nie.

Przede wszystkim, dziękuję wszystkim Sarmatom. Za liczny udział w wyborach i za oddane na mnie głosy. Za słowa poparcia — zarówno przed wyborami, jak i tuż po nich. Za gratulacje i wiele ciepłych słów. Co prawda nie udało się, ale i tak nie żałuję mojej decyzji o dołączeniu do wyścigu. Nie było źle. W pierwszym sondażu bodajże 7%. W pewnym momencie nawet na prowadzeniu. Ostatnie badanie przedwyborcze z wynikiem 29%, a potem ten podany przez KKW — ponad 40%. To dużo. Na pewno więcej, niż spodziewano się po mnie jakiś miesiąc temu, ale mniej niż sam od siebie wymagałem. Jak już pisałem, korzyści z tego żadnych, ale i tak dobrze widzieć, że jednak kampania nie była czasem straconym. Dziękuję raz jeszcze za poparcie i za to, że uwierzyliście we mnie.

Dziękuję moim kontrkandydatom — wszystkim trzem. Może nie wszyscy dotrwali do końca, jednak i tak startowaliśmy wspólnie. Walka była wyrównana, kampania ciekawa, nie było brudnej kampanii i prywatnych wycieczek personalnych. Obyło się bez skurwysyństwa i urazów do siebie nawzajem. Bardzo fajne jest uczucie, kiedy możesz wyjść na piwo z twoim przeciwnikiem i miło spędzić czas, na praktycznie jeden dzień przed otwarciem lokali wyborczych. To bardzo wiele znaczy. Nie tylko dla mnie, ale i dla całej Sarmacji.

Dziękuję Jego Książęcej Mości za miłe słowa po wyborach i prywatne wiadomości. Znalazły się w niej również małe podpowiedzi co do prowadzenia kampanii. Dziękuję za pytania drogą prywatną i gotowość do odpowiedzi na moje pytania. Mało tego, gdyby nie JKM, niniejszy artykuł pewnie nadal leżałby niedokończony i oczekiwał na publikacje. A skończyłoby się na tym, że zapewne nie ujrzałby światła dziennego już nigdy.

Dziękuję również wszystkim osobom, które bezpośrednio pomagały mi prowadzić kampanię wyborczą. „Sztab” nie był zbyt liczny, ale za to mogłem na nim polegać i te wykręcone ponad 40% to również zasługa tych ludzi. Postanowiłem nie wymieniać wszystkich z nazwisk, bo poza ścisłym sztabem, była masa mniej lub bardziej zaangażowanych ludzi. Zrobiłem sobie nawet ich listę, ale trzy razy ją poprawiałem i dopisywałem nowe osoby. W związku z tym, wolę jej nie publikować, bo na pewno kogoś pominę lub o czymś zapomnę. Bezpieczniej jest jednak wspomnieć wszystkich razem — chociaż racja, jest to mniej elegancko. Jednakże każda z tych osób na pewno wie o kim piszę, więc myślę, że mi to wybaczą i przyjmą ode mnie podziękowania.

Gratuluję również raz jeszcze Robertowi. Życzę mu szczęścia i spokoju na nowej/starej drodze życia. Żeby się nie poddawał i dociągnął do końca kadencji. Dziękuję również za miłe słowa i ciekawe propozycje, dosłownie kilka chwil po ogłoszeniu wyników. I chciałbym Ci jeszcze coś powiedzieć — prorok z Ciebie niestety chujowy :D

Jakie plany na nadchodzący czas? Żadne. Co zrobię po przegranych wyborach mówiłem już bardzo często. Nie planuję dokonywać korekty w tym jakże ambitnym zadaniu. Do końca roku mam stołek Asesora. Nie planuję kolejnych 4 miesięcy w Trybunale.

Pozostaje IRCowanie i pisanie żenujących pseudo-erotyków do Trudu. Talent pisarski u mnie żaden, ale z nudów człowiek potrafi gorsze rzeczy robić.

Jestem typem człowieka, który albo jest u samej góry, albo nie ma go wcale. Lubię ustawiać sobie wysoko poprzeczkę. Stąd decyzja kandydowania na urząd Kanclerza, jak i wcześniejsze próby omijania szczebli kariery o kilka poziomów. Bo nudy. Bo jeżeli mam dwukliczyć i być biernym obserwatorem tego co się dzieje wokół mnie, to wolę odejść. Wybory przegrane, nic ciekawszego do roboty nie ma. Jak już pisałem wielokrotnie, w starym Sejmie byłyby okazje do działania. W tym, nie ma za bardzo motywacji do czegokolwiek.

Ostatnie miesiące w Sarmacji spędziłem bardzo intensywnie. Przerwa to dobre rozwiązanie. Do końca roku można jeszcze trochę się pobawić, potem się zobaczy.
Piszę o tym wszystkim, bo dostałem już kilka wiadomości via PK, trochę privów i w różniej innej formie, że warto coś ruszyć. Dalej działać i się nie poddawać. Ale nie mam na to ani siły ani chęci. Nudzi mnie takie coś. Stąd chwilowo muszą Państwo wybaczyć. Trzeba zejść ze sceny, odsapnąć i wyjść na drugi akt.

Ale wrócę. To mogę obiecać.

Przy okazji zamieszczam akt adopcji do Arpedów-Muzyków. Namawiano mnie do tego już jakiś czas. Jednak ostatnim razem, korzystając z mojego stanu po spożyciu alkoholu, poczyniono krok dalej i jakoś mnie w to wkręcono. No cóż.

Najpierw wersja przepisana na kompa, bo oryginał pisma potrafi przeczytać tylko autor.
Cytuję:
Cracoffia, 26 listopada 2016 r.

Fare Aryon!

Ja, Markus Arped, diuk Markony, uzyskawszy błogosławieństwo mojego ojca, Jego Królewskiej Wysokości Mikołaja Torpeda, króla-seniora Baridasu, seniora rodu, oznajmiam wszystkim i każdemu z osobna, komu o tym wiedzieć należy, iż wraz z moim małżonkiem, Jaśnie Oświeconym Ignacym Chojnackim-Ferskim, diukiem Altborka, postanowiliśmy trwale i publicznie uznać naszego syna, Sławetnego Konrada Jakuba bnt. Friedmana, który zyskuje przywilej noszenia szlachetnego nazwiska Arped.

Od dnia dzisiejszego po wsze czasy zostaje on włączony do rodu Arpedów i Muzyków, jego pobratymcy naszą łaskę zyskują, zaś jego wrogowie będą przez nas przeklęci aż po trzecie pokolenie. W Królestwie Baridasu, zgodnie z tradycją, syn nasz będzie mógł posługiwać się nazwiskiem patronimicznym Marcasu'un, tak jak jego starsi bracia.


Tej siły już nie powstrzymacie

Markus Arped
Podkanclerzy, geniusz zła

Konrad J. Friedman
Kanclerz Farmacji
Zbawca Sarmacji

Świadkowie:

Juliette Alatriste

Kristian Arped

I skan oryginału:

d03700a8-567a-4a77-b634-3384e8dd7507.jpg



Tradycyjnie już pozdrawiam

Konrad J. Arped-Friedman
Prawie kanclerz

Serduszka
12 060,00 lt
Ten artykuł lubią: Yennefer von Witcher, Andrzej Fryderyk, Fryderyk von Hohenzollern, Kristian Arped, Laurẽt Gedeon I, Henryk Wespucci, Wojciech Hergemon, Malcher Estery Naw, Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski, Paulus Buddus, Tomasz Ivo Hugo, John Rasmusen, Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste, Juliette Alatriste, Adam Jerzy Piastowski, Markus Arped.
Komentarze
Jahn Dagobard ik Thórn-Mákovski
Cóż za podpis Kanclerzu Farmacji! Klasse!
Odpowiedz Permalink
Andrzej Fryderyk
Markus po pijaku dziecko sobie zrobił. A Kristian i Juliette byli tego świadkami. Cóż to się w tej Sarmacji dzieje.
Odpowiedz Permalink
John Rasmusen
Zająłeś zaszczytne drugie miejsce w wyborach, a nasz kanclerz był przedostatni, więc jest czego gratulować ;)
Odpowiedz Permalink
Misza "JK" Korab-Kaku
Sejm Wielki, jest poniekąd pewnym eksperymentem, szczególnie w konfiguracji z wybieralnym Kanclerzem. Gdyby tak zaczerpnąć z wzorów Brytyjskich i drugą osobę w wyścigu o fotel Kanclerz uczynić formalnym liderem opozycji? Nadać prawo samodzielnej inicjatywy ustawodawczej, pensje, możliwość "twardego" wniosku o przedłużenie I czytania, wniosków do TK w sprawach ustrojowych etc.

W obecnym przypadku mamy trochę utrudnioną sytuację zakazu łączenia funkcji Asesora i Posła. Co do zakazu łączenia tych funkcji są różne za i przeciw. W sumie to dobrze, bo waży tu się parę dóbr. Z jednej strony w "realu" oddzielenie wymiaru sprawiedliwości od stanowienia prawa, to norma. U nas różnie z tym bywało. Kwestia wątpliwa, najprawdopodobniej taki Asesor nie mógłby orzekać w sprawie ustaw, w których uchwalaniu w jakikolwiek sposób uczestniczył, choć i z tym w KS było różnie. Ale w sprawach karnych, ja tu przeszkód nie widzę, jeśli ktoś potrafi oddzielić te dwie sprawy... Kolejną cegiełką jest kwestia aktywności w życiu społecznym grupy Asesorów, brałbym to na pewno pod rozwagę.
Odpowiedz Permalink
Juliette Alatriste
Dodam smaczku! Dziecko poczęte zostało w... kuchni na stole! Frywolny Markus ^^
Odpowiedz Permalink
Remigiusz Lwowski von Hochenhaüser
Cytuję:
Markus Arped
Podkanclerzy, geniusz zła
A gdzie przydomek "Leniwy"?!
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.